niedziela, 26 października 2014

MOJE JAGODOWE PRZEMYŚLENIA

Dziecko się rodzi i po kilku dniach wraca z rodzicami do domu. Ja to widzę tak, że idą do szpitala w trójkę, czyli mama w wersji 2 w 1 i tata, a wychodzą w trójkę mama, tata i dzidziuś. U nas było inaczej.
Mama co chwila lądowała w szpitalu albo na kolejny zabieg albo na kilkudniową obserwację, gdzie robili nam badania, a tata po prostu po pracy przyjeżdżał. Kiedy się urodziłam byliśmy razem ale tylko do wieczora, tata wracał do domu a mama na górę na oddział, ja zostawałam sama na poziomie "0" na neonatologii. 
Po trzech dniach mamę wypuścili do domu. Ja zostałam. Może dobrze, że byłam ciągle na lekach. Nie myślałam, nie tęskniłam, nie znałam innego życia, więc za czym miałam tęsknić. Za spacerami, za przytulaniem, za wizytami gości, ciociami, wujkami, ja tego nie znałam. 
Było trudno.
Pierwsze dni w domku były z jednej strony radosne, bo w końcu jesteśmy razem, a z drugiej strony co dalej?
Mama i tata musieli nauczyć się pielęgnować " noworodka", który miał już 6 tygodni i noworodkiem już nie był.
Sądzę, że mama i tatuś inaczej sobie wyobrażali mój przyjazd do domu. W "normalnej" rodzinie zaraz są telefony, gratulacje. Rodzina zaczyna przychodzić w odwiedziny do maluszka. U mnie tak nie było. Czemu?? Nie wiem. Czasami czuję się jakbym była trędowata. Mamusia mówiła, że niektóre choroby lub wady ludzie traktują jak coś czym się mogą zarazić. Przecież wodogłowie to nie żadna Ebola. Tym się nie da zarazić i na to się nie umiera. Więc ciocie, wujkowie i inna najbliższa rodzinko, co z Wami?? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz