środa, 28 września 2016

3 rocznica ślubu

Dzisiaj moi rodzice obchodzą 3 rocznicę ślubu.

Niby powinno być cudownie, szczęśliwie, rodzinnie... a nie jest.
3 lata temu moja mamusia brała ślub z tatusiem. Była wtedy chyba najszczęśliwszą osobą na świecie. Ja byłam wyrośniętą fasolką w brzuszku, taką oczekiwaną, upragnioną.

Gdyby tak cofnąć się o te trzy lata...
Jeszcze nic wtedy nie zapowiadało, że następne 3 lata będą dla mamy najgorszym okresem w życiu i nie wiadomo kiedy to piekło się skończy.
W grudniu 2013 roku na niecałe dwa tygodnie przed świętami na USG okazało się, że jestem chora i nie wiadomo czy będę czy nie będę żyła. Do porodu wiadomo nerwy, płacz mieszające się z radością i nadzieją. Po moich narodzinach były lepsze i gorsze chwile. Gdy miałam półtora roku mój dziadziuś uległ wypadkowi i umarł. To dla mamy był ogromny cios. Dla nas wszystkich. Niedługo mija rok jak dziadziusia nie ma.
Dziś w kolejną rocznicę ślubu mama jest znowu sama. Ja jestem z tatusiem w Małym Gacnie na turnusie rehabilitacyjnym a mama leczy w domu anginę. Rok temu mama była ze mną a tata był w pracy przez 14 godzin, nawet się nie widzieli. Jedynie w pierwszą rocznicę ślubu świętowali razem. Rodzice popijali herbatkę a ja mleczko. 
Moja prywatna mama i tata
Może za rok będzie normalniej, razem.
Tu byli jeszcze młodzi, wyspani, bogaci i piękni, czyli bezdzietni
Tego im życzę kolejnej rocznicy ślubu spędzonej szczęśliwie razem.
Buziaki staruszkowie

czwartek, 15 września 2016

Szpital, podejrzenie epilepsji

W marcu obchodziłam swoje drugie urodziny. Był tort, byli goście...
Po urodzinkach mijały normalne dni. Rehabilitacja u Cioci Gosi, Dziewanny, zwyczajne domowe czynności...



W pierwszych dniach kwietnia jednego wieczoru miałam bardzo ciepłe rączki i główkę. Mama dała mi leki na zbicie gorączki, dostałam dużo picia i lulu. Rano przechwyciła mnie babcia na śniadanko i po jedzeniu odłożyła mnie do łóżka do mamy. 
Parę minut po 7 rano mamę obudziły jakieś dziwne hałasy. To ja w pozycji " na króliczka" leżałam na mamy ręku i wymiotowałam. Mama od razu mnie podniosła i zobaczyła mój nieobecny wzrok. Oczy pulsowały mi w jednym kierunku, nie było ze mną żadnego kontaktu, rączki dziwnie mi drgały. 
Reakcja mamy była szybka. Zawołała babcię i sama zaczęła wydzwaniać po lekarzach, zadzwoniła do mamy Mikołaja, po karetkę. Dostałam taką specjalną wlewkę doodbytniczą, która miała zatrzymać atak. Tego mama bała się najbardziej - ataku epilepsji.
W końcu karetka przyjechała. Mamie strasznie dłużyła się droga na szpitala. W szpitalu nie było lekarza, kazali czekać. Mama latała po oddziale i w końcu dorwała lekarkę, która kazała jej czekać. Zastanawiacie się czy w takiej sytuacji matka może czekać??? Otóż nie. W końcu pojawiła się jakaś inna lekarka i mama bardzo oburzona spytała się ile ma czekać dziecko z atakiem epilepsji na lekarza, a atak już trwał prawie 1,5 godziny. W końcu do lekarki doszły mamy słowa, że mój atak nadal trwa. Zabrali mnie na salę i nie pozwolili mamusi wejść. Dostałam relanium dożylnie i po kilkunastu minutach atak zaczął mnie puszczać. 
W międzyczasie przyjechał tatuś z pracy. Rodzice byli tak wnerwieni na piotrkowką służbę zdrowia, że mama chciała mnie przetransportować do Łodzi.
Gdy atak już minął lekarze chcieli mi zrobić rezonans głowy, tutaj mama znowu zaczęła rozmawiać z lekarzem, że mam zastawkę i nie wie czy mogę mieć takie badanie. Zastawka może przestać działać. Mama kazała lekarzom zadzwonić do Łodzi i tam mieli zdecydować czy takie badanie mogę mieć zrobione. W Łodzi powiedzieli, że tak i po kilku minutach byłam szykowana do przejażdżki na rezonans. Mama ciągle płakała, tatko ją przytulał, pocieszał. W końcu wróciłam na oddział. I nie wyglądałam najlepiej.
Tak leżałam dwa dni. Bez kontaktu. Co chwila wymiotowałam. Mama albo zdążyła mnie przekręcić albo się cała obrzygałam. To były chyba najgorsze dwa dni dla moich rodziców.


Byłam cała obolała. Co chwila pobierali mi krew. Czasami drugiego dnia pokazywałam, że mi się to nie podoba, że to boli. Mama wtedy nie mogła na to patrzeć, odwracała się i płakała. 
Przyjechała babcia i wtedy jak usłyszałam jej głos na chwilkę otworzyłam oczka i powiedziałam " baba".
Czwartego dnia pobytu było trochę lepiej. Zaczęłam jeść małe porcje, żeby przyzwyczaić żołądek do jedzenia.
Jak zaczęłam jeść, odzyskałam i apetyt i siły. Zaczynałam wracać do mamusi i tatusia. Okazała się, że był to atak epilepsji tylko drgawki gorączkowe. W badaniach wyszło też , że mam zapalenie jednego płuca. 



Rodzice byli u mnie cały czas i się zmieniali. Mama była w ciągu dnia, a tatuś przyjeżdżał w nocy i był ze mną do południa. Ciągle mnie przytulali i całowali i mówili, żebym już takich numerów nie odwalała, bo w dupę dostanę.


Po ponad tygodniu mogłam już wyjść do domu. Jedyna zła wiadomość jest taka, że te drgawki mogą się powtarzać, gdy szybko mi podskoczy temperatura. Oby nie. Bo nie fajnie jest leżeć w szpitalu. Chociaż były fajne ciocie pielęgniarki i leżałam z fajnymi dzieciaczkami. Pozdrawiam Wikę z łóżeczka obok.



Wielkanocna sesja zdjęciowa


tatuś zapisał mnie na sesję zdjęciową. Na zdjęciach będę z króliczkiem. To tak z okazji świąt.
Mama planowała zrobić nam rodzinną sesję w okolicy moich urodzin, ale jakoś nie miała do tego głowy, potem były moje urodzinki i tak zleciało do świąt.


Tutaj miałam sesję. 
Ale pokażę Wam tylko jedno zdjęcie. Resztę ma mama gdzieś w albumach...


Przygotowania do kolejnych urodzin

Mama to od miesięcy przygotowywała. Moje drugie urodziny. Torty od dłuższego czasu ogląda w necie, wybiera smaki, kolory, wzorki. Ubranka też przebiera, wybiera. Znów mam wyglądać jak najpiękniejsza dziewczynka na świecie. 
Największym wyzwaniem dla mamy są moje włoski. Co dwa dni mam robioną próbną fryzurę, jak bym ślub miała brać.




I gdzie te walentynki??

Był Walenty i nawet nie wiem kiedy. Rodzice w tym roku w ogóle nie obchodzili walentynek. Może za rok sobie odbijemy. Nie wiem co oni planują ale ja mam ochotę pojechać na makaron do Łodzi, tam gdzie taki przepyszny podają z łososiem. Potem może jakieś lody, wypad na basen, zakupy, znowu lody albo jakiś inny deserek. Mama pewnie wszamałaby coś czekoladowego. 
Co do walentynek i tej całej histerii wokół nich. Jakoś mnie to na razie nie rusza. U mnie jak zwykle ćwiczenia:














laba po obiedzie:

Na początku lutego mama się troszkę przeraziła, bo zaczęłam stawać na kolankach w łóżeczku. To był kolejny mój sukces.
Generalnie w łóżeczku zaczęłam wyprawiać różne dziwne rzeczy. Rodzice wciąż się ze mnie śmieją w jakich pozycjach sypiam.





"Terapia na drutach"

"Terapia na drutach" to pomysł mojej mamusi. Co to jest i czemu ma służyć?
Proste.
Po śmierci dziadziusia mama nie miała ochoty na nic, nawet nie chciała zajmować się mną. Bardzo pomogły jej w tym czasie druty. Zaczęła robić sweterki na drutach i pomału z mamą zaczęło być lepiej. "Terapia na drutach" to terapia dla mojej mamy, to taka odskocznia od problemów, ode nie troszkę też. Jak mama sobie dzierga to wkracza w swój świat. Oczka prawe, lewe, narzuty i takie takie.
Mamusia sprzedaje sweterki na OLX. Jeśli chcecie to wchodźcie, oglądajcie i kupujcie. Cały dochód ze sprzedaży sweterków jest przeznaczany na moją rehabilitacje.
Tutaj macie kilka przykładów:
recznie-robiony-melanzowy-sweterek-czapeczka
jasny recznie-robiony-sweterek-rozm-98
koronkowy obrus handmade by babcia
niebieski sweterek 62 - 68
recznie-robiona-sukieneczka-rozm-92-
sweterek-dzieciecy-recznie-robiony-rozm-74-86
recznie-robiona-na-drutach-czapka
recznie-robiona-czapka
bezrekawnik-recznie-robiony-rozm-86-92
sweterek-dla-dziewczynki-rozm-74-86


A tutaj macie zdjęcia i ja jako modelka:
























































Jeśli chcielibyście coś zamówić u mojej mamusi, jakiś sweterek dla dziecka , czapeczkę, szalik to śmiało tutaj macie link do strony mamusi :  TERAPIA NA DRUTACH

Serdecznie zapraszam.