czwartek, 15 września 2016

Szpital, podejrzenie epilepsji

W marcu obchodziłam swoje drugie urodziny. Był tort, byli goście...
Po urodzinkach mijały normalne dni. Rehabilitacja u Cioci Gosi, Dziewanny, zwyczajne domowe czynności...



W pierwszych dniach kwietnia jednego wieczoru miałam bardzo ciepłe rączki i główkę. Mama dała mi leki na zbicie gorączki, dostałam dużo picia i lulu. Rano przechwyciła mnie babcia na śniadanko i po jedzeniu odłożyła mnie do łóżka do mamy. 
Parę minut po 7 rano mamę obudziły jakieś dziwne hałasy. To ja w pozycji " na króliczka" leżałam na mamy ręku i wymiotowałam. Mama od razu mnie podniosła i zobaczyła mój nieobecny wzrok. Oczy pulsowały mi w jednym kierunku, nie było ze mną żadnego kontaktu, rączki dziwnie mi drgały. 
Reakcja mamy była szybka. Zawołała babcię i sama zaczęła wydzwaniać po lekarzach, zadzwoniła do mamy Mikołaja, po karetkę. Dostałam taką specjalną wlewkę doodbytniczą, która miała zatrzymać atak. Tego mama bała się najbardziej - ataku epilepsji.
W końcu karetka przyjechała. Mamie strasznie dłużyła się droga na szpitala. W szpitalu nie było lekarza, kazali czekać. Mama latała po oddziale i w końcu dorwała lekarkę, która kazała jej czekać. Zastanawiacie się czy w takiej sytuacji matka może czekać??? Otóż nie. W końcu pojawiła się jakaś inna lekarka i mama bardzo oburzona spytała się ile ma czekać dziecko z atakiem epilepsji na lekarza, a atak już trwał prawie 1,5 godziny. W końcu do lekarki doszły mamy słowa, że mój atak nadal trwa. Zabrali mnie na salę i nie pozwolili mamusi wejść. Dostałam relanium dożylnie i po kilkunastu minutach atak zaczął mnie puszczać. 
W międzyczasie przyjechał tatuś z pracy. Rodzice byli tak wnerwieni na piotrkowką służbę zdrowia, że mama chciała mnie przetransportować do Łodzi.
Gdy atak już minął lekarze chcieli mi zrobić rezonans głowy, tutaj mama znowu zaczęła rozmawiać z lekarzem, że mam zastawkę i nie wie czy mogę mieć takie badanie. Zastawka może przestać działać. Mama kazała lekarzom zadzwonić do Łodzi i tam mieli zdecydować czy takie badanie mogę mieć zrobione. W Łodzi powiedzieli, że tak i po kilku minutach byłam szykowana do przejażdżki na rezonans. Mama ciągle płakała, tatko ją przytulał, pocieszał. W końcu wróciłam na oddział. I nie wyglądałam najlepiej.
Tak leżałam dwa dni. Bez kontaktu. Co chwila wymiotowałam. Mama albo zdążyła mnie przekręcić albo się cała obrzygałam. To były chyba najgorsze dwa dni dla moich rodziców.


Byłam cała obolała. Co chwila pobierali mi krew. Czasami drugiego dnia pokazywałam, że mi się to nie podoba, że to boli. Mama wtedy nie mogła na to patrzeć, odwracała się i płakała. 
Przyjechała babcia i wtedy jak usłyszałam jej głos na chwilkę otworzyłam oczka i powiedziałam " baba".
Czwartego dnia pobytu było trochę lepiej. Zaczęłam jeść małe porcje, żeby przyzwyczaić żołądek do jedzenia.
Jak zaczęłam jeść, odzyskałam i apetyt i siły. Zaczynałam wracać do mamusi i tatusia. Okazała się, że był to atak epilepsji tylko drgawki gorączkowe. W badaniach wyszło też , że mam zapalenie jednego płuca. 



Rodzice byli u mnie cały czas i się zmieniali. Mama była w ciągu dnia, a tatuś przyjeżdżał w nocy i był ze mną do południa. Ciągle mnie przytulali i całowali i mówili, żebym już takich numerów nie odwalała, bo w dupę dostanę.


Po ponad tygodniu mogłam już wyjść do domu. Jedyna zła wiadomość jest taka, że te drgawki mogą się powtarzać, gdy szybko mi podskoczy temperatura. Oby nie. Bo nie fajnie jest leżeć w szpitalu. Chociaż były fajne ciocie pielęgniarki i leżałam z fajnymi dzieciaczkami. Pozdrawiam Wikę z łóżeczka obok.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz