niedziela, 22 lutego 2015

Przekichany luty

Miała być zimna i śnieżna zima. Mama miała z tatkiem kupić mi sanki i mieliśmy chodzić na spacerki z sankami. Może, tak jak mama, zjeżdżałabym z górki na sankach, albo ktoś zrobiłby kulig. Mama mi tyle opowiadała o zimie i co?? Gdzie ta zima?? Gdzie ten śnieg i mróz??
Nic z tego nie ma i mama mówi, że będą choroby latały po dworze i zarazki. I jak się zarażę to będzie źle. 
Ale jak tu się niczym nie zarazić jak ciągle jeżdżę na rehabilitacje, albo do Łodzi. Wszędzie jest pełno ludzi, dzieci. A gdzie ludzie to są też zarazki. I... złapałam coś.
We wtorek dostałam wysokiej temperatury i jakieś plamki na całym ciele. Mamusia bała się o moją główkę, żebym nie dostała ataku padaczki i żeby z zastawką nic się nie stało. Główkę mi obkładała zimną pieluchą tetrową, dostawałam leki na ból i na gorączkę i dawali mi dużo picia i to różnego. Raz wodę, potem bobo fruita, potem soczek, albo kompocik z malin. Byłam jak królowa, wszyscy mnie nosili na rączkach i koło mnie chodzili i przytulali. 

Temperatura raz była nawet ok, potem mi rosła i tak w kółko. Rodzice w końcu zabrali mnie do lekarza i dostałam instrukcje jak ze mną postępować. Po dwóch dniach wszystko minęło  poza katarkiem, bo ten jak się przykleił do nie chciał odejść. Najgorzej było w nocy, bo nie dawał mi spać, więc w nocy rozrabiałam a w dzień spałam.

Ale jakoś katarek zaczął mi po kilku dniach przechodzić. Nawet wróciłam na rehabilitacje, bo tak dobrze się czułam.
Byłam u pani Małgosi i miałam super humor.















Nic nie trwa wiecznie i moje dobre samopoczucie także. Po kilku dobrych dniach zaczęłam kaszleć. I gdy kaszel zaczął być już taki trochę brzydki mamcia z tatkiem od razu zabrała mnie do lekarza. I okazało się, że mam zapalenie oskrzeli. Wybór mieliśmy taki, że albo zostaję i leczę się w domu, albo jadę z mamą do szpitala. Oczywiście leczymy się w domu, bo w szpitalu to od razu dopadłaby mnie jakaś sepsa.
Zaczęłam leczenie w domu. Dwa razy dziennie antybiotyk i inhalacje.


















Po dwóch dniach zaakceptowałam inhalator. Nie wiem czy nie można wynaleźć cichszego sprzętu, przecież zawału można dostać. Kilka minut w tym hałasie i mój słuch chyba się pogorszył. Zobaczymy co powie audiolog. 
Z każdym dniem było lepiej. Inhalacje zaczęły mnie nawet usypiać. Kaszel przestał mi dokuczać, katar znowu zaczął znikać.

Na kontroli wszystko poszło po naszej myśli. Oskrzela są wyraźnie lepsze, nie ma już tego trzeszczenia przy oddychaniu. Mam jeszcze mieć inhalację, ale już wychodzę na prostą. Ja zaczynam zdrowieć i za oknami po mały wiosnę widać. 
Chyba w tym roku nie zobaczę śniegu. Trudno może kiedyś, innym razem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz